Opis naszych najciekawszych podróży i wyjazdów
RSS
niedziela, 11 czerwca 2017

Refleks ostatnio nie jest moją mocną stroną, stąd relacja z naszego majowego weekendu pojawia się w czerwcu. W planach mieliśmy czeskie Karkonosze, pogoda jednak skłoniła nas do zmiany. Ponieważ decyzje podjęliśmy w ostatniej chwili, żaden lot nie wchodził w grę. Wiedzieliśmy że ze Staśkiem podróż samochodem nie może przekroczyć 12 godzin, stąd właśnie wziął się pomysł na Chorwację i Riwierę Opatijską. Zarezerwowaliśmy apartament w miejscowości Lovran, spakowali się po dach i ruszyli na południe.

Chorwacja

W sumie w Chorwacji spędziliśmy 5 pełnych dni. Z jednej strony był to wystarczający czas aby poznać okolicę w której mieszkaliśmy, z drugiej odczuwam ogromny niedosyt samej Chorwacji. Jest to kraj mocno zróżnicowany, w tym krótkim tekście mogę napisać jedynie o niewielkim kawałku wybrzeża, który udało się nam zobaczyć.

Zacznę od historii. Początki turystyki w tym rejonie sięgają XVIIIw. Okres jej największego rozkwitu to wiek XIX, kiedy to Opatija staje się najpopularniejszym kurortem w Austro-Węgrzech- wypoczywa tu sam cesarz Franciszek Józef. Z tego okresu pochodzą charakterystyczne dla regionu wille wraz z najsłynniejszą willą Angiolina:

Opatija

Dzisiejsza Opatija to miejscowość nastawiona na turystów- ładna, dobrze zorganizowana, pełna eleganckich hoteli i restauracji. Biorąc pod uwagę jak niesprzyjający jest to teren (strome zbocza gór Dynarskich i wąski "pasek" płaskiego wybrzeża) zorganizowanie sprawnej komunikacji czy miejsc parkingowych jest nie lada wyzwaniem, a w lecie podejrzewam dużym problemem. Stąd moja rada- unikać szczytu sezonu.

Miejscowością, w której się zatrzymaliśmy był Lovran. Centrum miasta to średniowieczne miasteczko, o uliczkach szerokości naszych chodników:

Lovran

Najsłynniejszym średniowiecznym miasteczkiem okolicy są Moszczenice. Miasteczko jest to o tyle ciekawe, że nie leży bezpośrednio nad morzem, tylko dość wysoko na górskim zboczu. Każdemu, komu uda się tu trafić polecam odwiedzić muzeum, w szczególności część poświęconą produkcji oliwy z oliwek. Na zdjęciu widać koło do miażdżenia oliwek, obok zaś kwiaty posadzone w naczyniach, które niegdyś służyły do przechowywania oliwy.

Moszczenice1

Najpiękniejszym (w naszym ma się rozumieć odczuciu) jest miasteczko Brsec. Leży najbardziej na południe ze wszystkich opisanych powyżej miejscowości i jest oczywiście średniowiecznym miasteczkiem ze schodkami, bramami, starymi kościołami oraz wszystkimi cechami, które średniowieczne miasteczka mają.

Brsec1

Najbardziej wyjątkowy jest kościół Marii Magdaleny:

Kosciol_MM

Znajduje się on poza miasteczkiem- na urwisku, z którego rozpościera się przepiękny widok na malowniczą zatoczkę. Tu warto dodać, że Adriatyk jest naprawdę piękny- spokojny, czysty, w kolorze głębokiego błękitu.

Zastanawiam się komu szczególnie mogłabym polecić te okolice i przychodzą mi na myśl dwie grupy ludzi. Po pierwsze- rodziny z dziećmi. Wzdłuż wybrzeża biegnie 11km promenada im. Franciszka Józefa, którą spokojnie można przejść z wózkiem (my tak zrobiliśmy). Dodatkowo sporo jest placów zabaw. Drugą grupą, której mogę polecić to miejsce są osoby starsze, nie nastawione na bardzo długie spacery czy inne ekstremalne wyprawy. Miejscowości takie jak Lovran czy Moszczenica Draga są wręcz stworzone po to, by usiąść w nadmorskiej restauracji, delektować się lampką wina oraz cieszyć widokiem na Adriatyk i delikatną morską bryzą.

Ewa

 

 

 

Tagi: Chorwacja
10:57, pieczyste
Link Dodaj komentarz »
środa, 31 maja 2017

Ostatnią niedzielę spędziliśmy w Beskidzie Śląskiem, a konkretnie na Błatniej. Przy okazji policzyłam, że jest to najczęściej odwiedzany przez nas szczyt. Nie mam pewności ile dokładnie razy weszliśmy na Błatnią, ale było to co najmniej 7. Stasiek natomiast zdobył ten szczyt dwa razy, choć słowo zdobył jest tu nieznacznie na wyrost. Doszłam do wniosku, że warto poświęcić wpis miejscu, w którym bywamy najczęściej.

Biorąc pod uwagę ilość ludzi na szlaku oraz samym szczycie nie jesteśmy jedynymi wielbicielami tego miejsca. W ostatnią niedzielę było tu naprawdę tłoczno. Nie wiem co kierowało innymi turystami, ale dla nas Błatnia jest tak naprawdę najbliżej położonym szczytem- leży w północnej części Beskidu Śląskiego, a dojazd samochodem zajmuje ok. 1,5h. Wybraliśmy trasę zielonym szlakiem z Brennej, która jest jedną z ładniejszych. Już sama Brenna wyróżnia się na tle innych miejscowości Beskidu Śląskiego- nie jest miejscowością przelotową, co powoduje to, że ruch samochodowy ogranicza się do ruchu lokalnego. Szlak, na który się zdecydowaliśmy początkowo biegnie asfaltem, później przechodzi w polną drogę. Charakterystyczne jest to, że bardzo szybko opuszczamy wieś i pomimo niewielkiej wysokości na jakiej się znajdujemy widoki są wspaniałe- przed nami kwitnące łąki, nieco dalej zalesione wzgórza.

naszlaku

Po ok. 50 minutach do zielonego szlaku dobija czarny- prowadzi on z samego centrum miejscowości, dlatego ilość ludzi na szlaku znacznie wzrasta. I tu muszę po raz kolejny przyznać, że ilość ludzi w ostatnią niedzielę bardzo mocno nas zaskoczyła. Błatnia była i jest popularnym szczytem, ale takiej ilości ludzi, podczas naszych co najmniej 7 poprzednich wejść jeszcze nie widziałam. Większość stanowiły oczywiście rodziny z dziećmi. To może być kolejny powód popularności tego szczytu- podejście jest przyjemne i niezbyt strome, w sam raz dla dzieci.

Warto także wspomnieć o samym schronisku pod szczytem. Jest to jedno z bardziej zadbanych schronisk w polskich górach, serwuje także smaczne jedzenie. Tym razem nie zdecydowaliśmy się na nic, gdyż odstraszyła nas kolejka do baru, niemniej jest to miejsce gdzie kuchnię można spokojnie polecić. Ze schroniska już tylko rzut beretem na szczyt. Tym razem wybrał się tam tylko Radek, ja zadowoliłam się jego zdjęciami:

szczyt

Na szczycie spotykają się szlaki, a te prowadzą na Błatnią ze wszystkich stron. Podejść można z Jaworza Nałęża (grzbietówka, bardzo lubiana przez Radka), Jaworza Górnego, Wapienicy (okolice zapory na rzece Wapeinica), a także grzbietem z Szyndzielni i Klimczoka (tej trasy akurat nigdy nie przeszłam). Do tego dochodzi kilka szlaków nie-PPTKowskich jak np. szlak szklany.

Dla mieszkańców Śląska Błatnia jest w zasięgu ręki (i nogi- wejście jest naprawdę proste) także zachęcam, aby skusić się na sobotni bądź niedzielny wypad.

Ewa

 

 

 

poniedziałek, 03 kwietnia 2017

Każdy, kto zna mnie choć trochę bądź czyta ten blog regularnie wie że nie jestem miłośnikiem Szczyrku. Dałam temu wyraz m.in. w tym artykule. Skąd więc pomysł aby wiosnę 2017 przywitać właśnie tutaj? Otóż nie zachęcił nas sam Szczyrk, a idealna jak dla naszej trójki trasa. Wybraliśmy podejście na Klimczok z Sanktuarium MB (obok hotelu Orle Gniazdo). Trasa ta powinna zająć ok. 1,5h, różnica poziomów to ok. 300m.

sanktuarium

Założyliśmy, że wyprawę zakończymy w schronisku "Klimczok". Ciekawostką jest, że schronisko "Klimczok" w rzeczywistości znajduje się na sąsiedniej Magurze. Samo podejście było dość przyjemne i niezbyt męczące. Połowa trasy wiedzie drogą, druga połowa to niestety straszne błoto- ale to są własnie uroki wczesnej wiosny. Zdecydowaliśmy również aby nie brać nosidła i był to strzał w dziesiątkę, gdyś Staś większość drogi przebył na własnych nóżkach. Trasa okazała się bardzo widokowa- całą drogę towarzyszył nam przepiękny widok na Skrzyczne.

Skrzyczne

Chciałam jednak napisać o czymś innym, mianowicie od samym Szczyrku. Szczyrk się zmienił i to zdecydowanie na lepsze. Jak się tak nad tym zastanawiam, to nie ma się co dziwić- od czasu gdy spędzałam tu ferie z rodzicami minęło kilkanaście lat. Przez ten czas powstały restauracje (ja pamiętam czasy kiedy nie było nic), hotele SPA (tych akurat jest teraz wszędzie pełno) a infrastruktura narciarska uległa częściowej modernizacji (z naciskiem na słowo częściowej). Nie to jednak spodobało mi się w Szczyrku. Spodobała mi się panująca tu atmosfera odpoczynku, którą dało się odczuć zarówno mijając innych turystów na trasie, jak i obserwując centrum miejscowości. W porównaniu z niedalekimi Ustroniem czy Wisłą oraz innymi miejscowościami goszczącymi turystów przez cały rok Szczyrk był taki nieśpieszny. Wspomniana Wisła kojarzy mi się głównie z korkami, Ustroń z tłumem przypadkowych gości wjeżdżających samochodami na Równicę, a Zakopane z tak ogromną ilością billboardów przy drodze że mogłyby spokojnie zastąpić ekrany dźwiękochłonne. W tym towarzystwie Szczyrk wypadł bardzo korzystnie, co było la mnie- zrażonej wiecznym grodzeniem stoków narciarki niemałym zaskoczeniem.

W czasie naszej wycieczki dłuższą chwilę spędziliśmy w schronisku. Poznaliśmy panią, która przyjechała do Szczyrku na weekend, zachęcona bardzo atrakcyjną ofertą jednego z dużych hoteli SPA. To, podobnie jak wcześniejsze obserwacje uświadomiło mi, że może zbyt wcześnie skreśliłam Szczyrk na turystycznej mapie Polski. Widać, że lokalna społeczność walczy o klienta. Dajmy im więc szansę i wybierzmy się do Szczyrku, zwłaszcza że dobry dojazd jest naprawdę kuszący.

Ewa

 

sobota, 04 lutego 2017

Po zeszłorocznym majowym weekendzie spędzonym na słowackim Chopoku byłam przekonana że wrócę tu zimą. Pod koniec października, moje przekonanie nabrało kształtu- zarezerwowaliśmy pobyt w hotelu Sorea, znajdującym się w samym sercu ośrodka narciarskiego. Pogoda zapowiadała się wspaniała, ośrodek wciąż podnosi standardy, dojazd znany i ogólnie niekłopotliwy tak więc czy coś może pójść nie tak? No cóż, jak mówi prawo Murphy`ego- jeżeli coś może się nie udać, to się nie uda.

Po tym jakże optymistycznym wstępie;) kilka przepięknych widoków, autorstwa Radka:

widok_11

widok_2

widok_31

 Pięknie, prawda? Wracając jednak do tego co poszło nie tak- większość czasu spędziłam leżąc z gorączką. Piątego dnia pobytu wyszliśmy ze Staśkiem na krótki spacer. W zasadzie nawet ciężko nazwać to spacerem, wyszliśmy przed hotel.

spacer

Ja sama na nartach stanęłam dwukrotnie- w przeddzień oraz w dzień wyjazdu do domu. Okazało się że jak zwykle mamy z mężem inny gust;) i jego ulubione trasy nie stały się wcale moimi ulubionymi. Radek szczególnie upodobał sobie trasę nr 5, prowadzącą do Zahradek. Ja natomiast wolałam trasę nr 10 i kolejkę gondolową. Zdecydowanie doceniam tę formę transportu narciarza, podczas której można naprawdę odpocząć, zdjąć rękawice i gogle a także podziwiać widoki.

Jeżeli chodzi o sam ośrodek. Czytałam trochę opinii w internecie i o dziwo jest sporo negatywnych. Że drogo, że trasy nieprzygotowane, że ratraków nie ma, kolejki nie kursują, trasy są oblodzone itp. Ja ośrodek oceniam bardzo pozytywnie- trasy były świetnie przygotowane, kolejki kursowały (z jednym małym wyjątkiem), a oblodzona była tylko trasa ze szczytu (tak mówił Radek, ja nie jechałam). Niestety jest drogo. To w zasadzie jedyny poważny zarzut pod adresem ośrodka. Karnet tygodniowy dla jednej osoby to ok. 200E. Karnetami nie wolno się wymieniać, bo ośrodek je blokuje. Karnet jednodniowy to wydatek 38E. Drogo, za drogo.

Wracając do tras. Nie czułam się na siłach, aby stanąć na trasie czerwonej, jednak przez nieuwagę zaliczyłam dwie takie trasy. Pierwszą z nich była 11- wymęczyła mnie straszliwie, drugą natomiast 12, która (i tu miła odmiana) okazała się bardzo przyjemna. Być może to dlatego że nie przejechałam całej- pod koniec odbiłam na niebieską 12a, co okazało się bardzo dobrym wyborem. Moja ulubiona 10 w jednym miejscu rozgałęzia się na czerwoną 10a. Nie pokusiłam się o zjazd, natomiast zaliczył go Radek. I tu z kolei on był wymęczony. Nie miałam niestety okazji zjechać niebieską trasą 7a (trasa jest przy orczyku, a orczyki chodzą bardzo rzadko- tylko wtedy gdy warunki atmosferyczne nie pozwalają na uruchomienie krzesełek), ale bazując na opisie Radka trasa jest bardzo przyjemna i godna polecenia. Bardzo przyjemnie wspominam trasę 5a- pewnie większości narciarzy wyda się ona nudna, ale ja takie lubię. Warto też wspomnieć o oświetlonej 13- właśnie ze względu na fakt że jest oświetlona (poza tym nie oferuje nic specjalnego) oraz o trasie ze szczytu, którą pomimo oblodzenia z pewnością warto zjechać, a ja bardzo żałuję, że nie było mi to dane.

Nie pojeździł także Staś- nie nastawialiśmy się na to, uważamy że jeszcze nie czas. Co prawda, w jakimś artykule o Austrii przeczytałam, że na nartach stają już dwulatki, wydaje mi się że to jednak za wcześnie. Myślę że będzie to wyzwanie na przyszły rok, kiedy to mam nadzieję również wybierzemy się na Chopok.

 

Ewa 

 

12:37, pieczyste
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 listopada 2016

 

Wspominaliśmy wczoraj wakacje. Od słowa do słowa rozmowa zainspirowała mnie to tego tekstu, którego tematem będą najpiękniejsze górskie widoki.

Mam w pamięci kilka takich obrazów, które chciałabym dziś przywołać i pokazać. Widoki te zrobiły na mnie niesamowite wrażenie.

Widok z Okrąglicy (Trzy Korony w Pieninach) na Sromowce Wyżne:

Okraglica

Po prostu piękny. Pamiętam że gdy pierwszy raz zobaczyłam ten widok wydawał mi się nieco nierealny. Coś jakby zbyt piękne aby było prawdziwe.

Pozostając przy Pieninach nie można zapomnieć o najsłynniejszej sośnie w Polsce:

Sokolica

Pieniny to najpiękniejsze góry w Polsce, maja tylko jedną, jedyną wadę. To bardzo małe góry, cały łańcuch Pienin Właściwych przejdziemy w jeden dzień.

Zostawiamy Pieniny i przenosimy się nieco na południe. Tatrzańska klasyka, czyli widok z Orlej Perci na Tatry Wysokie:

Orla

Długo zastanawiałam się, który z tatrzańskich widoków zrobił na mnie największe wrażenie. Trochę tych miejsc było. Kiedyś usłyszałam zdanie, że najpiękniejsze widoki nie są wcale z najwyższych gór. Szukając najpiękniejszego tatrzańskiego widoku muszę przyznać że to się u mnie sprawdziło. Nie z najwyższych gór, a na najwyższe góry.

A skoro już jesteśmy przy Tatarch, nie sposób nie wskazać tu zimowego widoku ze Świstówki Roztockiej:

Lodowy

A teraz coś z mojego bliższego podwórka, widok z Równicy (Beskid Śląski):

Rownica

Zapamiętany przeze mnie z perspektywy ośmiolatki. Stając pierwszy raz w życiu na szczycie Równicy i mając przed oczyma powyższy obrazek pomyślałam sobie- ojej, ile gór! Gdy stanęłam tam kilka lat temu, potrafiłam większość z nich nazwać i przypomnieć sobie kiedy na nich byłam.

Na koniec proponuję widok z Ćwilina (Beskid Wyspowy):

Cwilin

Podczas naszego ostatniego pobytu w Beskidzie Wyspowym Radek zaproponował Ćwilin. Nie byłam przekonana do zapewnień o pięknych widokach- byliśmy już przecież na Ćwilinie! Jak się jednak zastanowiłam nad tym trochę głębiej, to przypomniało mi się, że w czasie mojego pierwszego wejścia na Ćwilin lało niemiłosiernie a widoczność nie przekraczała 10m. Jedyne co dobrze widziałam to mgła. Na powyższym zdjęciu widać, ile mogłabym stracić nie powtarzając tej wyprawy.

I może to właśnie jest idealnym zakończeniem dzisiejszego wpisu. Czasem warto wybrać się w miejsce, które nam całkowicie nie zapadło w pamięć. Kto wie, może w innym świetle wygląda zupełnie inaczej?

Ewa

 

 

 

 

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
O NAS