Opis naszych najciekawszych podróży i wyjazdów
RSS
niedziela, 30 lipca 2017

 

Bytomska wąskotorówka jest najstarszą, nieprzerwanie czynną koleją wąskotorową na świecie. Kopalnia srebra w Tarnowskich Górach została niedawno wpisana na listę zabytków Unesco. I choćby z tych powodów koniecznie trzeba o nich napisać, zwłaszcza teraz, w sezonie wakacyjnym.

Kolej wąskotorowa łącząca Bytom z Miasteczkiem Śląskim kursuje w weekendy, w sezonie wakacyjnym. Na stronie stowarzyszenia zajmującego się kolejką znajdziemy rozkład jazdy- obejmuje od okres od końca czerwca do końca sierpnia. Kolejka robi dwa kursy dziennie (tam i z powrotem) i cieszy się naprawdę sporym zainteresowaniem. Przyznam szczerze, że byłam zaskoczona, gdyż pomimo nie najlepszej pogody (całą drogę do Miasteczka Śląskiego padał deszcz) pociąg był pełen. Wybierając się na tę trasę koniecznie trzeba uwzględnić pogodę, gdyż większość wagonów kolejki to wagony letnie:

kolejka

Dla osób spoza Bytomia ważna informacja. Peronu, z którego odjeżdża wąskotorówka nie znajdziemy na dworcu głównym! Znajduje się on z boku, wejść na niego można schodami od ulicy Zabrzańskiej. Trasa kolejki wiedzie głównie przez tereny zalesione. Sama w sobie nie jest jakaś szczególnie ciekawa, jednak w połączeniu ze słoneczną pogodą możemy liczyć na dużo przyjemnej zieleni. Najciekawszy przystankiem na trasie jest zabytkowa kopalnia srebra w Tarnowskich Górach. Tak się składa, że kopalnię odwiedziliśmy dwa miesiące temu, wspólnie z kuzynem ze Szczecina. Co roku zabieramy go do innej kopalni głęboko wierząc, że właśnie to chciałby zobaczyć na Śląsku.

Kopalnię zwiedza się z przewodnikiem. Pierwsza część zwiedzania to część naziemna (trochę wystaw, historii regionu i projekcji multimedialnych), następnie zjeżdża się ok 40m pod ziemię. Jak to w kopalni- oglądany wyrobiska, spacerujemy chodnikami, a w tym przypadku płyniemy także łodziami.

kopalnia

Nie da się tego porównać z Guido- inna skala, inna kopalnia, inne problemy. Wszystko tu jest inne.

Dodatkową atrakcją jest część naziemna, obejmująca skansen kolejowy.

skansen

Wracając jednak do prawdziwej kolejki wąskotorowej. Kolejnymi stacjami są Tarnowskie Góry (jeden z największych węzłów kolejowych w Europie i wierzcie mi- jest moment, w którym to widać) oraz dwie stacje przy zalewie Chechło- Nakło. To własnie tu, w upalne dni zmierza większość mieszkańców Bytomia i Tarnowskich Gór. Ostatnią stacją jest Miasteczko Śląskie. Trudno chyba lepiej oddać charakter tego miejsca- ot miasteczko. Tym, co zasługuje na szczególną uwagę jest Kościół św. Anny. Pochodząca z 1666 roku drewniana budowla jest pięknie utrzymana i robi ogromne wrażenie. Charakterystyczne dla budowli są drewniane soboty, których nie widuje się często, nawet w starych drewnianych świątyniach.

Miasteczko_Slaskie

Wnętrza nie fotografowałam, bo akurat trafiliśmy na nabożeństwo, ale mogę powiedzieć że jestem pod wrażeniem. Przywykłam do oglądania tej klasy zabytków gdzieś w górach, a nie w tak niedalekiej, przemysłowej okolicy.

W Miasteczku Śląskim nasz pociąg stoi ok. 1,5h po czym wraca do Bytomia.

Za nami połowa wakacji- czy tylko mnie czas mija tak szybko? Może więc warto zaplanować w następny weekend zwiedzanie śląskich atrakcji? Nawet się nie obejrzymy, jak minie 27 sierpnia a z nim ostatni kurs kolejki w tym roku. Nie ma na co czekać- czy w trakcie urlopu czy nie, warto skorzystać z lata, nawet spędzając je w mieście.

Ewa

 

 

Tagi: Śląsk
18:53, pieczyste
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 lipca 2017

Czy w środku wakacji, w przepiękną pogodę Szyndzielnia, na którą wjechać można kolejką linową z centrum dużego miasta jest dobrym wyborem? Można by dyskutować. Dla nas jednak okazała się nie najgorszym, a dodatkowo zaskakującym. Dlaczego?

Zacznę od zagadnień praktycznych- parking dozorowany, 10PLN za cały dzień, ok. 800m od kolejki. Ruch typowy dla pięknej niedzieli, a więc ogromny. Kiedyś, kiedy jeszcze Stasia nie było na świece nie bywaliśmy w górach w letnie weekendy. Pogoda nie była wówczas aż tak dużym ograniczeniem, byliśmy także bardziej elastyczni. Cóż, zmiany.

Ruszyliśmy z parkingu w górę, szlak wybrał Staś. Początkowo zakładaliśmy że pójdziemy drogą (a więc szlakiem czerwonym), o najmniejszym nachyleniu tak by Staś mógł zasuwać samodzielnie. Skończyło się na szlaku zielonym, co okazało się dobrym wyborem gdyż w pierwszej części, do przełęczy Dylówki, na której schodzą się trzy szlaki spotykaliśmy pojedyncze osoby, a jedną z nich okazał się być kolega Radka z technikum.

Szyndzielnia

Ale mało być o niespodziankach. Tak więc było ich kilka. Po pierwsze przed schroniskiem na Dębowcu jest ciekawy plac zabaw. Jak długo tam jest? Nie mam pojęcia, my go wcześniej nie zauważyliśmy. Mijaliśmy go z niemałym lękiem, obawiając się że będziemy musieli spędzić tu cały dzień. Niemniej dla kogoś, kto ma małe dziecko, a nie chce spędzić kolejnego dnia na ławeczce przy piaskownicy w samym środku blokowiska jest to kusząca perspektywa na sobotę/ niedzielę.

Kolejną rzeczą, która nas zaskoczyła były jakieś dziwne drogi odchodzące od szlaku. Miały oznaczone skrzyżowania, a w miejscach gdzie dobijały do szlaku drewniane barierki. Dodatkowo oznaczone były zakazem przejścia. Trochę nas to nurtowało.

rowery

Okazało się, że to górskie szlaki rowerowe Enduro Trails. Po krótce chodzi o to, że wjeżdżasz na górę z rowerem kolejką, a potem zjeżdżasz na wariata, prując po lesie. Dobry pomysł- rowerzyści są odseparowani od pieszych i nie stwarzają takiego zagrożenia, jakiego doświadczyliśmy np. kilka lat temu na Turbaczu.

Mieliśmy ambitny plan dotarcia na szczyt, skończyliśmy jednak na górnej stacji kolejki linowej. Pomysł okazał się o tyle trafiony że odpoczęliśmy pijąc kawę, a Staś w tym czasie zrobił kilkadziesiąt okrążeń wokół naszego stolika. I tu niespodzianka nr 3- wieża widokowa. Za 4 PLN od osoby można wspiąć się na stalową wieżę i podziwiać panoramę okolicy. Nie są to co prawda najpiękniejsze górskie panoramy, ale widok jest całkiem ciekawy, dodatkowo są zdjęcia z opisami tego co widzimy. Najłatwiej oczywiście rozpoznać najbliższą okolicę- Bielsko, Beskid Mały z Hrobaczą Łąką i Magurką czy zbiornik Goczałkowicki. Pięknie widać Babią Górę, a pomiędzy Babią i Pilskiem powinny być widoczne Tatry. Dziś niestety nie były, ale i tak można było nacieszyć oko.

Beskid_May

Babia

wieza

Tłumy ciągnące od górnej stacji kolejki na szczyt Szyndzielni ostatecznie przekonały nas że trzeba wracać. Pierwszą część drogi w dół pokonaliśmy zielonym szlakiem, by następnie przerzucić się na szlak niebieski. Pomysł ten miał zalety- ominęliśmy Dębowiec z placem zabaw, ale miał też wady- szlak był stromy, a my podmęczeni i z obciążeniem (by nie rzecz bezcennym ładunkiem). Przy dolnej stacji kolejki zrobiliśmy sobie jeszcze chwilę przerwy korzystając ze znajdujących się tam ławeczek, następnie ruszyli asfaltem w dół, który to odcinek Staś pokonał na własnych nóżkach. Wsiedliśmy do samochodu i po godzinie z kwadransem wysiedli w Zabrzu. I właśnie ta "godzina piętnaście" była ostatnim decydującym argumentem, który ostatecznie pokazał że warto było się tu wybrać- nawet w zatłoczoną niedzielę.

Ewa

 

czwartek, 06 lipca 2017

 

Dzisiaj tekst trochę sentymentalny. Otóż dwa lata temu wróciliśmy z pierwszej z zagranicznych wojaży Stasia. Tydzień spędziliśmy w Austrii, w okolicach Salsburga. Jest to przepiękny rejon, a o niektórych atrakcjach pisałam już tu i tu. Dziś tak mnie jakoś naszło, aby przypomnieć sobie sam Salzburg, zwłaszcza że to przepiękne miasto, wpisane na listę światowego dziedzictwa Unesco.

Salzburg_1

Zacznę od kwestii organizacyjnych, mianowicie parking. Zaparkować w centrum Salzburga to żaden problem- są duże wielopoziomowe parkingi. Trzeba jednak liczyć się z opłatą rzędu kilkunastu euro za kilka godzin postoju. Coś za coś.

Spacer zaczęliśmy od kościoła św. Kajetana. Dalej nasza trasa wiodła w stronę ścisłego centrum, skąd podziwiać można najbardziej charakterystyczny dla Salsburga budynek- twierdzę Hohensalzburg.

Salsburg

Twierdzę można zwiedzać- na górę wjeżdża się kolejką, a bilety kosztuję ok. 10E. My zwiedziliśmy jedynie znajdujące się na dole katakumby. I gdybym w tym miejscu miała podsumować wycieczkę po Salzburgu w dwóch słowach, to byłyby to słowa: kościoły i Mozart. Kolejnymi odwiedzanymi przez nas kościołami były:

Kościół św. Piotra:

Kosciol_sw_Piotra

Katedra św. Ruperta:

Katedra

Kościół franciszkanów- na tle poprzedników raczej skromny, ale ciekawy, bo będący połączeniem różnych stylów architektonicznych:

Franciszkanie

Największym zainteresowaniem turystów nie cieszy się jednak ani twierdza ani kościoły, a dom, w którym urodził się Wolfgang Amadeusz Mozart.

Mozart

Okolice domu Mozarta to także największe nagromadzenie sklepów z pamiątkami- począwszy od zapakowanych w sreberka z podobizną Mozarta czekoladek marcepanowo- nugatowych (podobne można dostać u nas w Lidlu), skończywszy na sprzedawanych tu przez cały rok ozdobach choinkowych, których ceny zaczynają się od 20E za bombkę. Poprzestaliśmy na zakupie czekoladek.

Ostatnim miejscem, które odwiedziliśmy były ogrody pałacu Mirabell:

Mirabell

Piękne, ale niesamowicie tłoczne.

Biorąc pod uwagę ile Salsburg ma do zaoferowania to zwiedziliśmy naprawdę niewiele- stąd też tytuł tekstu: spacer. Pogoda nie rozpieszczała, a duży wózek nie ułatwiał przemieszczania (choć zależy komu, niespełna 8- miesięczny wówczas Staś był zadowolony). Niemniej zostały nam z tego wyjazdu bardzo miłe wspomnienia, którymi mam nadzieję udało mi się podzielić.

Ewa

 

 

20:15, pieczyste
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 czerwca 2017

Refleks ostatnio nie jest moją mocną stroną, stąd relacja z naszego majowego weekendu pojawia się w czerwcu. W planach mieliśmy czeskie Karkonosze, pogoda jednak skłoniła nas do zmiany. Ponieważ decyzje podjęliśmy w ostatniej chwili, żaden lot nie wchodził w grę. Wiedzieliśmy że ze Staśkiem podróż samochodem nie może przekroczyć 12 godzin, stąd właśnie wziął się pomysł na Chorwację i Riwierę Opatijską. Zarezerwowaliśmy apartament w miejscowości Lovran, spakowali się po dach i ruszyli na południe.

Chorwacja

W sumie w Chorwacji spędziliśmy 5 pełnych dni. Z jednej strony był to wystarczający czas aby poznać okolicę w której mieszkaliśmy, z drugiej odczuwam ogromny niedosyt samej Chorwacji. Jest to kraj mocno zróżnicowany, w tym krótkim tekście mogę napisać jedynie o niewielkim kawałku wybrzeża, który udało się nam zobaczyć.

Zacznę od historii. Początki turystyki w tym rejonie sięgają XVIIIw. Okres jej największego rozkwitu to wiek XIX, kiedy to Opatija staje się najpopularniejszym kurortem w Austro-Węgrzech- wypoczywa tu sam cesarz Franciszek Józef. Z tego okresu pochodzą charakterystyczne dla regionu wille wraz z najsłynniejszą willą Angiolina:

Opatija

Dzisiejsza Opatija to miejscowość nastawiona na turystów- ładna, dobrze zorganizowana, pełna eleganckich hoteli i restauracji. Biorąc pod uwagę jak niesprzyjający jest to teren (strome zbocza gór Dynarskich i wąski "pasek" płaskiego wybrzeża) zorganizowanie sprawnej komunikacji czy miejsc parkingowych jest nie lada wyzwaniem, a w lecie podejrzewam dużym problemem. Stąd moja rada- unikać szczytu sezonu.

Miejscowością, w której się zatrzymaliśmy był Lovran. Centrum miasta to średniowieczne miasteczko, o uliczkach szerokości naszych chodników:

Lovran

Najsłynniejszym średniowiecznym miasteczkiem okolicy są Moszczenice. Miasteczko jest to o tyle ciekawe, że nie leży bezpośrednio nad morzem, tylko dość wysoko na górskim zboczu. Każdemu, komu uda się tu trafić polecam odwiedzić muzeum, w szczególności część poświęconą produkcji oliwy z oliwek. Na zdjęciu widać koło do miażdżenia oliwek, obok zaś kwiaty posadzone w naczyniach, które niegdyś służyły do przechowywania oliwy.

Moszczenice1

Najpiękniejszym (w naszym ma się rozumieć odczuciu) jest miasteczko Brsec. Leży najbardziej na południe ze wszystkich opisanych powyżej miejscowości i jest oczywiście średniowiecznym miasteczkiem ze schodkami, bramami, starymi kościołami oraz wszystkimi cechami, które średniowieczne miasteczka mają.

Brsec1

Najbardziej wyjątkowy jest kościół Marii Magdaleny:

Kosciol_MM

Znajduje się on poza miasteczkiem- na urwisku, z którego rozpościera się przepiękny widok na malowniczą zatoczkę. Tu warto dodać, że Adriatyk jest naprawdę piękny- spokojny, czysty, w kolorze głębokiego błękitu.

Zastanawiam się komu szczególnie mogłabym polecić te okolice i przychodzą mi na myśl dwie grupy ludzi. Po pierwsze- rodziny z dziećmi. Wzdłuż wybrzeża biegnie 11km promenada im. Franciszka Józefa, którą spokojnie można przejść z wózkiem (my tak zrobiliśmy). Dodatkowo sporo jest placów zabaw. Drugą grupą, której mogę polecić to miejsce są osoby starsze, nie nastawione na bardzo długie spacery czy inne ekstremalne wyprawy. Miejscowości takie jak Lovran czy Moszczenica Draga są wręcz stworzone po to, by usiąść w nadmorskiej restauracji, delektować się lampką wina oraz cieszyć widokiem na Adriatyk i delikatną morską bryzą.

Ewa

 

 

 

Tagi: Chorwacja
10:57, pieczyste
Link Dodaj komentarz »
środa, 31 maja 2017

Ostatnią niedzielę spędziliśmy w Beskidzie Śląskiem, a konkretnie na Błatniej. Przy okazji policzyłam, że jest to najczęściej odwiedzany przez nas szczyt. Nie mam pewności ile dokładnie razy weszliśmy na Błatnią, ale było to co najmniej 7. Stasiek natomiast zdobył ten szczyt dwa razy, choć słowo zdobył jest tu nieznacznie na wyrost. Doszłam do wniosku, że warto poświęcić wpis miejscu, w którym bywamy najczęściej.

Biorąc pod uwagę ilość ludzi na szlaku oraz samym szczycie nie jesteśmy jedynymi wielbicielami tego miejsca. W ostatnią niedzielę było tu naprawdę tłoczno. Nie wiem co kierowało innymi turystami, ale dla nas Błatnia jest tak naprawdę najbliżej położonym szczytem- leży w północnej części Beskidu Śląskiego, a dojazd samochodem zajmuje ok. 1,5h. Wybraliśmy trasę zielonym szlakiem z Brennej, która jest jedną z ładniejszych. Już sama Brenna wyróżnia się na tle innych miejscowości Beskidu Śląskiego- nie jest miejscowością przelotową, co powoduje to, że ruch samochodowy ogranicza się do ruchu lokalnego. Szlak, na który się zdecydowaliśmy początkowo biegnie asfaltem, później przechodzi w polną drogę. Charakterystyczne jest to, że bardzo szybko opuszczamy wieś i pomimo niewielkiej wysokości na jakiej się znajdujemy widoki są wspaniałe- przed nami kwitnące łąki, nieco dalej zalesione wzgórza.

naszlaku

Po ok. 50 minutach do zielonego szlaku dobija czarny- prowadzi on z samego centrum miejscowości, dlatego ilość ludzi na szlaku znacznie wzrasta. I tu muszę po raz kolejny przyznać, że ilość ludzi w ostatnią niedzielę bardzo mocno nas zaskoczyła. Błatnia była i jest popularnym szczytem, ale takiej ilości ludzi, podczas naszych co najmniej 7 poprzednich wejść jeszcze nie widziałam. Większość stanowiły oczywiście rodziny z dziećmi. To może być kolejny powód popularności tego szczytu- podejście jest przyjemne i niezbyt strome, w sam raz dla dzieci.

Warto także wspomnieć o samym schronisku pod szczytem. Jest to jedno z bardziej zadbanych schronisk w polskich górach, serwuje także smaczne jedzenie. Tym razem nie zdecydowaliśmy się na nic, gdyż odstraszyła nas kolejka do baru, niemniej jest to miejsce gdzie kuchnię można spokojnie polecić. Ze schroniska już tylko rzut beretem na szczyt. Tym razem wybrał się tam tylko Radek, ja zadowoliłam się jego zdjęciami:

szczyt

Na szczycie spotykają się szlaki, a te prowadzą na Błatnią ze wszystkich stron. Podejść można z Jaworza Nałęża (grzbietówka, bardzo lubiana przez Radka), Jaworza Górnego, Wapienicy (okolice zapory na rzece Wapeinica), a także grzbietem z Szyndzielni i Klimczoka (tej trasy akurat nigdy nie przeszłam). Do tego dochodzi kilka szlaków nie-PPTKowskich jak np. szlak szklany.

Dla mieszkańców Śląska Błatnia jest w zasięgu ręki (i nogi- wejście jest naprawdę proste) także zachęcam, aby skusić się na sobotni bądź niedzielny wypad.

Ewa

 

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
O NAS