Opis naszych najciekawszych podróży i wyjazdów
RSS
niedziela, 08 października 2017

Aż ciężko uwierzyć, że poprzedni weekend cieszył nas piękną pogodą. Postanowiliśmy to wykorzystać i ostatnią sobotę września spędziliśmy (i tu ogromne zaskoczenie) w górach. Chcieliśmy wybrać coś niebanalnego. Pomysłów było kilka: Biskupia Kopa, Pilsko, Jałowiec- wszystkie banalne. Wtedy przyszła nam go głowy Ślęża.

Ślęża to charakterystyczne, wybijające się wzniesienie niedaleko Wrocławia. Bardzo dobrze widoczna z autostrady, sprawia wrażenie samotnej góry. Nic w tym dziwnego- Sudety zaczynają się trochę dalej i choć wyższe, to wybitność Ślęży (duża wysokość względna) robi swoje.

Do wyjazdu byliśmy dość mocno nieprzygotowani- bez mapy oraz świadomości, że odbywać się tam będzie jakiś wyścig, co wyeliminuje nam część szlaków. Ruszamy z parkingu w Sobótce asfaltem. Mijamy przełęcz pod Wieżycą (będąca jednocześnie metą wspomnianego wyścigu) i podchodzimy na Wieżycę. I tu po raz pierwszy zdaję sobie sprawę, że jestem w górach. Podejście na Wieżycę jest całkiem konkretne, ale Staś idzie sam. Kolejny szczyt, który zdobył na własnych nóżkach.

Na Wieżycy robimy dłuższy postój. Miejsce bardzo do tego zachęca- jest stuletnia wieża widokowa (5PLN za wejście- trochę za drogo:/) oraz kilka ławeczek. Widoki z wieży są całkiem przyjemne, najładniej oczywiście prezentuje się nasz cel wyprawy- Ślęża.

Wiezyca

Ruszamy dalej. Z Wieżycy schodzi się w dół na kolejną przełęcz, by następnie podejść do góry już na Ślężę. Po drodze mijamy starożytne rzeźby kultowe. Ich powstanie datowane jest na ok. XIIIw. p.n.e. Warto o tym wiedzieć, jest to jeden z najstarszych zabytków w Polsce. Od nazwy Ślęża pochodzi nazwa całego regionu- Śląsk.

Pierwsze co widzimy na szczycie to tłumy ludzi. Co mnie bardzo zaskoczyło dużo ludzi było z małymi dziećmi- nie w wieku Stasia, ale takimi kilkumsiesięcznymi. Większość z nich przyjechała w wózkach. Ciężko mi sobie wyobrazić przejazd wózka po drodze, którą weszliśmy. Okazło się jednak, że wybierając inne trasy nie jest to problemem- z przełęczy Tąpadła na Ślężę prowadzi droga. Na szczycie robimy dłuższy postój, a także oglądamy (oglądamy nie jest najbardziej odpowiednim słowem) kolejną rzeźbę kutową- jest to niedźwiedź dzik.

la

Kolejną atrakcją kościółek, od kilku lat poddawany intensywnej renowacji. Warto do niego wstąpić- w podziemiach zobaczyć można ruiny wcześniejszego grodu, który stał w tym miejscu a także wejść na wieżę. Obie atrakcje kosztują 5PLN, ale zysk przeznaczony jest na pokrycie kosztów prac renowacyjnych.

kociek

Następna i najatrakcyjniesza wieża jest za darmo. Jest to typowa wieża widokowa. Nie polecam wchodzić z plecakiem i w ogóle radzę uważać. Radek wspiął się na górę ze Stasiem, co było naprawdę nie lada wyczynem. Widoki z wieży wynagradzają wszelki trud.

wieza1

widok1

I tak nam ten czas leciał, że zejście rozpoczęliśy dopiero ok. Godziny 16,30. A trochę do przejścia mieliśmy. Nie chcielismy wracać tą samą drogą, dlatego wybraliśmy czerwony szlak, który po dojściu do płaju (Droga Bolka) zmieniliśmy na biegnący nim czarny. Nie stwarzał on żadnych trudności- była to w zasadzie leśna droga.

To już koniec naszej wycieczki- dotarliśmy do parkingu, wsiedli w samochód, zrobili zakupy w pobliskich delikatesach i wrócili do domu. Było późno- z parkingu przed delikatesami odjeżdżaliśmy ok. 19, przed nami było ok. 200km do pokonania. Szkoda, bo po drodze widać było znak na winnicę. Zdarzyło mi sie juz odwiedzić kilka winnic, ale jeszcze nie w Polsce. W internecie znalazłam stronę lokalnego wina Sabat: http://winosabat.pl/. Chyba zacznę zwiedzanie winnicy z perspektywy produktu końcowego;)

Ewa

 

niedziela, 24 września 2017

Najbardziej charakterystycznym symbolem Małej Fatry są niewątpliwie poszarpane szczyty Rozsutców- Wielkiego i Małego. Ogromną popularnością cieszą się także Diery- szlaki poprowadzone po drabinkach, mostkach i innych sztucznych ułatwieniach. Nie o tym będzie jednak dzisiaj mowa.

Szlakiem, o którym chciałabym napisać jest przejście grzbietem od przełęczy Snilovskie Sedlo do Starej Doliny, czyli potocznie mówiąc kolejką pod Krywań, a następnie w dół. Jechałam tą kolejką kilka lat temu, choć prawdę mówiąc nie była to dokładnie ta kolejka, a jej starsza siostra, zniszczona przez lawinę błotną. Na przełęcz wiedzie także szlak, ale szczerze odradzam wszystkim pokonywania go na piechotę- jest niesamowicie stromy i nie obfituje w żadne atrakcje. Widoki zaczynają się dopiero powyżej przełęczy.

Przelecz

Sama przełęcz jakaś szczególnie atrakcyjna nie jest, zwłaszcza biorąc pod uwagę tłumy turystów wybierających się na Krywań. Krywań jest najwyższym szczytem Małej Fatry, mierzącym ponad 1700m.n.p.m. Ale dzięki wspomnianej już kolejce przewyższenie, które należy pokonać to zaledwie 200m. O skali trudności może świadczyć fakt, że Staś zdobył go samodzielnie, na własnych nóżkach. Widok z Krywania na północ jest jednym z piękniejszych górskich widoków. Lubię określać takie widok jako morze gór. W tym wypadku morze gór stanowi w większości Wielka Fatra.

Krywan

Wracając jednak do naszej trasy. Z Krywania zeszliśmy tą sama drogą na przełęcz, następnie udali się w kierunku szczytu o nazwie Chleb. Tu w dalszym ciągu mogliśmy podziwiać widoki, dodatkową atrakcją były szybowce- zdawało się że są tuż nad nami. Ruszyliśmy dalej, w kierunku szczytu Południowy Gruń. Szlak jest typową grzbietówką- góra dół, z niewielką róznicą poziomów. Z racji piękniej pogody podziwiać mogliśmy nawet Tatry, choć w oddali i za lekką mgłą. Za to pięknie prezentował się Wielki Chocz.

Grzbiet

Na Południowym Gruniu robimy dłuższy postój. Stąd szczególnie majestatycznie prezentują się Stoh (to jeden z tych szczytów Małej Fatry, na których nie byłam, a na które mam ogromną ochotę) oraz Wielki Rozsutec.

Stoh

Postój jest zaplanowany, gdyż na Południowym Gruniu zaczyna sie najtrudniejsza część naszej dzisiejszej drogi i o dziwo nie jest to podejście. Nie wiem jakim cudem przegapiłam to zagęszczenie poziomnic na mapie, w każdym bądź razie nie spodziewałam się aż takiego nachylenia! Śmiało mogę powiedzieć, że nie licząc skalistych, prawie pionowych szlaków oraz ferrat był to najbardziej stromy szlak jaki zdarzyło mi się przejść. W Polsce podobną sławą cieszy się jeden ze szlaków na Lackową (najwyższy szczyt w Beskidzie Niskim). Nie miałam okazji go przejść, ale bazując na opinii Radka nachylenie jest podobne, niemniej Lackowa wypada w tym zestawieniu korzystniej, bo zejście jest krótsze...

Po morderczyn zejściu odzyskujemy siły w Chacie na Gruniu. Wspaniełe miejsce na wycieczkę z dziećmi- jest nawet plac zabaw. No i można sobie kupić nic za 2 Euro;)

Nic

Zółty szlak prowadzący z Chaty na Gruniu do Starej Doliny biegnie w lesie. Nie obfituje w żadne fenomentalne widoki, ale można zaobserwować jak potężne są siły natury- na stromych zboczach obserwujemy ogrome ilości materiału skalnego, który niesiony jest wraz wodą spływającą z gór.

Cała trasa, która przeszliśmy była dość wyczerpująca, choć oczwiście warta zachodu. Mniej wytrwałym polecam podzielić ją dwa odcinki: Krywań i Chleb ze zjazdem kolejką oraz wycieczkę ze Starej doliny do Chaty na Gruniu, dla bardziej wytrwalych podejście na Południowy Gruń.

Tak się złożyło, że ta wyieczka była ostatnią podczas tygodnia spędzonego w Małej Fatrze. Pogoda nas nie rozpieszczała- jeden dzień lało tak, że wybraliśmy się jedynie na obiad, a dwa dni chodziliśmy po górach w deszczu. Tym bardziej cieszył nas fakt, że ostatni dzień wykorzystaliśmy na 100% naszych możliwości.

Ewa

 

 

czwartek, 07 września 2017

Nie wiem ile dni jest potrzebnych aby zwiedzić wszystkie atrakcje Wiednia, ale 3 to stanowczo za mało! Wiedeń był pierwszym etapem naszych tegorocznych wakacji, a pierwszym etapem Wiednia był Prater. Prater to ogromne, wesołe miasteczko z młyńskim kołem, będącym jednym z symboli Wiednia- od tej atrakcji zaczęliśmy. Bilet dla osoby dorosłej kosztuje 10E, dwulatek bezpłatnie.

Prater1
Co do wrażeń, to muszę przyznać że mam mieszane uczucia. Widok na miasto jest przepiękny i oczywiście wart zobaczenia, ale poza tym? Przejażdżka nie jest zbyt emocjonująca, robi się tylko jedno okrążenie i to "czkawką"- koło zatrzymuje się co wagonik, aby wpuścić pasażerów. Nie chciałabym jednak nikogo zniechęcać, to jest moje subiektywne odczucie, a po takich rozreklamowanych atrakcjach często spodziewamy się nie wiadomo czego. Dla mnie najciekawsze w tej przejażdżce okazało się wypatrzenie kolejnej atrakcji- gigantycznej karuzeli łańcuchowej. Nie jestem jakimś szczególnym fanem mocnych wrażeń, ale przejażdżki na wysokości 95m nie potrafiłam sobie odmówić.

Czym byłby Wiedeń bez sznycla po wiedeńsku? Na obiad wybraliśmy się do restauracji leżącej dwie przecznice dalej. Jej opis znaleźliśmy w Internecie, jako restauracji tradycyjnej i serwującej dania w atrakcyjnej cenie. Za dwa drugie dania, zupę oraz piwo zapłaciliśmy niecałe 30E, co jak na warunki wiedeńskie jest ceną bardzo atrakcyjną.

Kolejny dzień spędziliśmy w ogrodzie zoologicznym. Naszym celem były misie panda, ale Stasiowi najbardziej podobały się lemury.

Wiede_zoo1
Wiedeńskie zoo jest najstarszym w Europie, niegdyś było to carskie zoo. Niestety jest też horrendalnie drogie- za dwie dorosłe osoby zapłaciliśmy 37E (dwulatek bezpłatnie).

Następnego dnia udaliśmy sie w stronę zabytkowego centrum miasta. Tu warto zaznaczyć, że po Wiedniu najlepiej przemieszczać się komunikacją miejscą, w szczególności metrem. Najlepiej kupić bilet kilkudniowy i korzystać do woli. W Wiedniu brak jest historycznego starego miasta- w połowie XIXw. centrum zostało przebudowane tak, by stać się nowoczesną (jak na owe czasy) metropolią. Wtedy też powstały słynne aleje, określane mianem ringu, przy których mieszczą się najważniejsze budynki jak opera, od której zaczęliśmy. Dalej obejrzeliśmy pozostałe sztandarowe atrakcje Wiednia: katedrę św. Szczepana z obowiązkowym wjazdem na wieżę, zabytkowe kościoły i cerkiew oraz Hofburg- dawną cesarską rezydencję.

Wiede2

Największe wrażenie zrobił na mnie barokowy kościół św. Piotra. Koścół ten to kwintesencja baroku, wręcz kapie złotem i ornamentami.

Peters_kirche

Hofburg zwiedzaliśmy z audioprzewodnikiem w języku polskim. Wystawa, na którą się zdecydowaliśmy poświęcona była m.in. legendarnej cesarzowej Austrii Elżbiecie Bawarskiej, znanej jako Sissi. Historia Elżbiety niewiele ma jednak wspólnego z lukrowaną opowieścią przedstawianą w filmach. Sympatia Austriaków do cesarzowej też jest raczej wykreowana- za życia nie cieszyłam się ona ani zrozumieniem, ani uznaniem otoczenia, ani miłością poddanych. Legenda, jaka jej dziś towarzyszy jest raczej wynikiem tragicznej śmierci cesarzowej- została zasztyletowana przez włoskiego anarchistę, który po prostu chciał zabić kogoś znanego.

Ostatniego dnia wybraliśmy się do Belwederu- pałacu będącego arcydziełem architektury baroku, mieszczącego obecnie galerię sztuki. Najsłynniejszą częścią tej galerii są obrazy Gustawa Klimta, ze słynnymi "Pocałunkiem" oraz "Judytą". Powiedziałam sobie, że nie wyjadę z Wiednia, dopóki ich nie zobaczę. Oprócz Klimta zobaczyć można m.in Van Gogha i Moneta, a także jeden z najbardziej znanych portretów Napoleona. Wizytę w Belwederze polecam każdemu, kto choć trochę interesuje się sztuką lub po prostu lubi podziwiać piękno.

Belweder

W drodze do samochodu zajrzeliśmy jeszcze do kościoła św. Karola. Zaintrygowała nas monumentalna budowla, choć 16E za wstęp (2 osoby) nieco ostudziło entuzjazm. Koścół ma przepiekny, barokowy wystrój (nie tak piękny i bogaty jak wspomniany już kościół św. Piotra), a jego główną atrakcją są freski. Pomimo że freski zdobią kopułę, dane nam było obejrzeć je z bliska. Otóż w kościele zamontowana jest winda, którą wjeżdża się pod samą kopułę szczytową. Ostatni etap pokonuje się po schodach- 111 drewnianych stopniach. Freski są przepiękne, choć jeszcze większe wrażenie robi spojrzenie z drewnianej platformy w dół oraz świadomość gdzie się znajdujemy.

Karls_kirche

Wybierającym się do Wiednia chciałabym polecić tę stronę.

Jest to poradnik gdzie w Wiedniu zjeść niedrogo i smacznie, z którego sami korzystaliśmy. Spróbowanie lokalnej kuchni to dla mnie część zwiedzania, dlatego serdecznie polecam, aby w Wiedniu skusić się na sznycla po wiedeńsku.

 

Ewa

 

 

 

20:50, pieczyste
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Tegoroczne wakacje miałam z grubsza zaplanowane już w lutym. Z inicjatywy moich kuzynów kilka dni mieliśmy spędzić w Wiedniu, a następnie tydzień w Małej Fatrze. Radek śmieje się, że nigdy nie wymyśliłby takiego połączenia, a połączenie okazało się bardzo udane. O Małej Fatrze pisałam już tu, o Wiedniu z planuję osobny wpis. W tym tekście chciałabym napisać o dwóch miejscach, których nie planowaliśmy (albo raczej planowaliśmy tak trochę;)) a okazały się strzałem w dziesiątkę.

Pierwszym punktem na naszej trasie było austriackie miasteczko Poysdorf. Miasteczko leży kilkanaście kilometrów od granicy z Czechami i przebiega przez nie trasa na Wiedeń. Przejeżdżaliśmy przez nie wielokrotnie, jednak nigdy nie było okazji, aby się zatrzymać. Miasteczko samo w sobie jest urokliwe, a dodatkowo słynie z produkcji wina. Dla wielbiciela niemieckich win przystanek obowiązkowy.

Poysdorf1

Nasz krótki (ok. 2h) pobyt w miasteczku zaczęliśmy od wizyty w sklepie z winami. No i trzeba przyznać, że trudno nam było coś wybrać- wybór był ogromny.

Ceny win zaczynały się od 6E, a przeważały białe wina wytrawne.W sklepie oczywiście można spróbować wybranych win. My zdecydowaliśmy się na dwa białe, półsłodkie wina, po 9E za butelkę. Jedno próbowałam (było to jedyne półsłodkie wino, które było przewidziane do degustacji), a drugie kupiliśmy w ciemno. Dodatkowo kupiliśmy sok z czerwonych winogorn (traubensaft). Taki sok produkowany w winnicach smakuje zupełnie inaczej niz winogronowe napoje w kartonikach dostępne w naszych sklepach. W 1995 roku, jako dziecko byłam w Niemczech, w Nadrenii- Palatynat, która również jest regionem winnym. Z tamtych czasów zapamiętałam smak winogronowego soku, jakiego nigdy wcześniej i nigdy później nie piłam. I tak właśnie smakował sok z winiarni w Poysdorfie. Polecam każdemu, kto miałby okazję spróbować takiego specjału.

Po zakupach wybraliśmy sie na spacer po miasteczku. Przeszliśmy kilka urokliwych uliczek oraz zajrzeli do kościoła. Zrobiliśmy jeszcze kilka zdjęć, które niestety nie oddały uroku tego miejsca, a następnie ruszyli na Wiedeń.

Poysdorf2

Drugim miejscem, o którym chciałabym napisać jest Bratysława. Nasza trasa z Wiednia w Małą Fatrę prowadziła przez Bratysławę. Przywnam, że nie byłam szczególnie zachęcona perspektywą zwiedzania miasta, zatrzymaliśmy się po prostu na obiad. Pierwsze wrażenia nie były najlepsze- horrendalnie drogi parking (1,5E za pół godziny) oraz ruch charakterystyczny dla dużego miasta. Otóż nic bardziej mylnego! Bratysława okazała się jednym z najbardziej urokliwych miast, jakie dane mi było odwiedzić.

W informacji turytycznej dostalismy mapkę z zaznaczonymi największymi atrakcjami i tą trasą ruszyliśmy. I tak spacerowliśmy po nieśpiesznym starym mieście, pełnym urokliwych knajpek oraz sklepików z pamiątkami:

Bratysawa1

zaglądali do kościołów:

Bratysawa2

i cieszyli się niespieszną atmosferą starego miasta. Podobnie jak w Poysdorfie nasz pobyt nie był dlugi, jednak należał do najprzyjemniejszych oraz najbardziej zaskakującyh momentów naszego urlopu.

W ciągu ostatnich dwóch tygodni przejechalismy ponad 1000km po trzech krajach. W najbliższym czasie postaram się podzielić wszystkimi wrażeniami, jakie towarzyszą nam po tej podróży.  

Ewa

P.S. Jeden z moich czytelników (pozdrawiam Cię, Grzesiu!) powiedział że chętnie widziałby na naszym blogu więcej informacji praktycznych. Postanowiłam więc coś w tym kierunku zmienić, nie chciałabym jednak zatracić formy i założenia jakie wspólnie z Radkiem przyjęliśmy. Dlatego informacje praktyczne, które będę linkować będą praktyczne na swój sposób. Pod tym tekstem chciałabym się podzielić namiarem na winiarnię, w której robiliśmy zakupy- wysyłają do Polski:)

http://shop.weinmarkt-poysdorf.at

 

 

niedziela, 30 lipca 2017

 

Bytomska wąskotorówka jest najstarszą, nieprzerwanie czynną koleją wąskotorową na świecie. Kopalnia srebra w Tarnowskich Górach została niedawno wpisana na listę zabytków Unesco. I choćby z tych powodów koniecznie trzeba o nich napisać, zwłaszcza teraz, w sezonie wakacyjnym.

Kolej wąskotorowa łącząca Bytom z Miasteczkiem Śląskim kursuje w weekendy, w sezonie wakacyjnym. Na stronie stowarzyszenia zajmującego się kolejką znajdziemy rozkład jazdy- obejmuje od okres od końca czerwca do końca sierpnia. Kolejka robi dwa kursy dziennie (tam i z powrotem) i cieszy się naprawdę sporym zainteresowaniem. Przyznam szczerze, że byłam zaskoczona, gdyż pomimo nie najlepszej pogody (całą drogę do Miasteczka Śląskiego padał deszcz) pociąg był pełen. Wybierając się na tę trasę koniecznie trzeba uwzględnić pogodę, gdyż większość wagonów kolejki to wagony letnie:

kolejka

Dla osób spoza Bytomia ważna informacja. Peronu, z którego odjeżdża wąskotorówka nie znajdziemy na dworcu głównym! Znajduje się on z boku, wejść na niego można schodami od ulicy Zabrzańskiej. Trasa kolejki wiedzie głównie przez tereny zalesione. Sama w sobie nie jest jakaś szczególnie ciekawa, jednak w połączeniu ze słoneczną pogodą możemy liczyć na dużo przyjemnej zieleni. Najciekawszy przystankiem na trasie jest zabytkowa kopalnia srebra w Tarnowskich Górach. Tak się składa, że kopalnię odwiedziliśmy dwa miesiące temu, wspólnie z kuzynem ze Szczecina. Co roku zabieramy go do innej kopalni głęboko wierząc, że właśnie to chciałby zobaczyć na Śląsku.

Kopalnię zwiedza się z przewodnikiem. Pierwsza część zwiedzania to część naziemna (trochę wystaw, historii regionu i projekcji multimedialnych), następnie zjeżdża się ok 40m pod ziemię. Jak to w kopalni- oglądany wyrobiska, spacerujemy chodnikami, a w tym przypadku płyniemy także łodziami.

kopalnia

Nie da się tego porównać z Guido- inna skala, inna kopalnia, inne problemy. Wszystko tu jest inne.

Dodatkową atrakcją jest część naziemna, obejmująca skansen kolejowy.

skansen

Wracając jednak do prawdziwej kolejki wąskotorowej. Kolejnymi stacjami są Tarnowskie Góry (jeden z największych węzłów kolejowych w Europie i wierzcie mi- jest moment, w którym to widać) oraz dwie stacje przy zalewie Chechło- Nakło. To własnie tu, w upalne dni zmierza większość mieszkańców Bytomia i Tarnowskich Gór. Ostatnią stacją jest Miasteczko Śląskie. Trudno chyba lepiej oddać charakter tego miejsca- ot miasteczko. Tym, co zasługuje na szczególną uwagę jest Kościół św. Anny. Pochodząca z 1666 roku drewniana budowla jest pięknie utrzymana i robi ogromne wrażenie. Charakterystyczne dla budowli są drewniane soboty, których nie widuje się często, nawet w starych drewnianych świątyniach.

Miasteczko_Slaskie

Wnętrza nie fotografowałam, bo akurat trafiliśmy na nabożeństwo, ale mogę powiedzieć że jestem pod wrażeniem. Przywykłam do oglądania tej klasy zabytków gdzieś w górach, a nie w tak niedalekiej, przemysłowej okolicy.

W Miasteczku Śląskim nasz pociąg stoi ok. 1,5h po czym wraca do Bytomia.

Za nami połowa wakacji- czy tylko mnie czas mija tak szybko? Może więc warto zaplanować w następny weekend zwiedzanie śląskich atrakcji? Nawet się nie obejrzymy, jak minie 27 sierpnia a z nim ostatni kurs kolejki w tym roku. Nie ma na co czekać- czy w trakcie urlopu czy nie, warto skorzystać z lata, nawet spędzając je w mieście.

Ewa

 

 

Tagi: Śląsk
18:53, pieczyste
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15
O NAS