Opis naszych najciekawszych podróży i wyjazdów
RSS
wtorek, 30 czerwca 2015

Jako dziecko często słyszałam straszne historie z Ogrodzieńca: o czarnym psie dzwoniącym łańcuchem, o Birowskiej Skale z której niegdyś zrzucano skazańców, o postaciach zmarłych wędrujących po cmentarzu w Ogrodzieńcu. Ogrodzieniec jawił mi się, jako najbardziej nawiedzone miejsce w Polsce. Tymczasem Ogrodzieniec to nastawione na turystykę, przyjemne miasteczko, w którym oprócz zwiedzania zamku można przyjemnie spędzić wolny czas. Jest tu park miniatur, park linowy, restauracje czy luksusowe spa. My zdecydowaliśmy się na coś najbardziej charakterystycznego dla tego miejsca, czyli skałki.

O tym, że całkowicie nie byliśmy do tego przygotowani i przekroczyło to nasze możliwości już pisałam. Więc może na nasze poczynania spuśćmy zasłonę milczenia. Jeżeli ktoś natomiast jest zapalonym wspinaczem, to z pewnością te skałki zna i niczego nie trzeba mu tu rekomendować. Natomiast dla tych, którym wspinaczka jest całkowicie obca mogę polecić następujący program wycieczki.

Zaczniemy od tego, z czego Ogrodzieniec słynie czyli od zamku:

wejscie1

Najpierw proponuję wycieczkę dookoła zamku. Przed bramą wiodącą na dziedziniec zamkowy należy skręcić w lewo. Mijamy oblegane przez wspinaczy skałki i dochodzimy do punktu, który śmiało nazwać można punktem widokowym. Polecam zrobić kilka zdjęć, gdyż z tej perspektywy zamek prezentuje się niezwykle okazale.

Dodam jeszcze że trasa wiodąca naokoło zamku jest na tyle prosta, że przeszliśmy ją z wózkiem. Może tylko dwa razy trzeba było wózek przenieść. Ostatnia częśc trasy prowadzi przez dziedziniec turniejowy zamku. Powiem szczerze że byłam trochę zaskoczona że jest taki mały.

Po zakupie biletów wchodzimy za mury zamku. Znajduje się tutaj sporo ławek, więc to dobre miejsce na chwilę przerwy. Nie napisałam jeszcze jednej, bardzo ważnej rzeczy. Warunkiem udanego zwiedzania Ogrodzieńca jest ładna pogoda. To nie jest pałac w Pszczynie. To jest ruina. Zwiedzając ją chodzimy w większości po otwartej przestrzeni.

dziedziniec

Jak już wspominałam, zwiedzałam zamek wielokrotnie. W zasadzie to weszliśmy tam bez żadnych oczekiwań, był to dla nas właściwie rodzaj spaceru. Tymczasem trasa zwiedzania była dokładnie przygotowana i obejmowała także wystawy i ekspozycje, których nigdy wcześniej w Ogrodzieńcu nie było. Zwiedzanie zaczyna się od najstarszej części zamku- zamku wysokiego. W trakcie zwiedzania poruszamy się po metalowych schodach i platformach. Oglądanie kolejnych pomieszczeń zamku (sypialnia Bonera, kuchnia kurna, biblioteka) wymaga nie lada wyobraźni. Tak jak funkcji kuchni można się domyśleć, tak biblioteka to już tylko pomieszczenie z tabliczką opisującą dawne jego funkcje.

zwiedzanie

Kolejnym pomieszczeniem do którego trafiamy jest muzeum zamkowe. I tu ciekawostka. Nie dość że dostępna jest prezentacja multimedialna, to znajdują się tu dwie miniatury zamku. Jedna przedstawia okres jego świetności (na zdjęciu poniżej), druga stan obecny.

czasy_wietnoci

Dalej trasą zwiedzania schodzimy w dół Bastionu Bellard. Pamiętam że były tu niegdyś puste pomieszczenia, z otworami strzelniczymi. Obecnie jest tu wystawa przedstawiająca historię broni. Wystawa jest niewielka ale ciekawa. Przedstawiono jak zmieniał się uzbrojenie na przestrzeni istnienia zamku, aż po dzień dzisiejszy. Kolejne miłe zaskoczenie przeżywamy widząc odbudowane drewniane krużganki, którymi (a jakże!) biegnie trasa dalszego zwiedzania.

wntrza

Potem jeszcze (część znajdująca się nad bramą) i schodzimy w dół, na dziedziniec pański. Ciekawostką są widoczne wówczas wykute w skale oryginalne schody (przypominam że my przez większość zwiedzania poruszamy się po współczesnych schodach i platformach, głównie metalowych). 

schody

Ostatnią rzeczą, o której chciałam wspomnieć jest kościół parafialny w Ogrodzieńcu. Znajduje się on kilka kilometrów od zamku, we właściwej części Ogrodzieńca. Kościół pochodzi z XVIIw. i utrzymany jest w stylu barokowym. Najciekawsze są jednak drzwi na plebanię. Są to oryginalne drzwi z zamku.

Dla miłośnika wspinaczki Ogrodzieniec, jak i cała Jura jest miejscem, w którym można spędzić urlop (sporo kwater prywatnych, żadnych problemów z noclegiem). Dla zwykłego turysty to bardzo przyjemna, jednodniowa wycieczka do której serdecznie zachęcam.

 

Ewa

 

czwartek, 11 czerwca 2015

Nadszedł ten dzień, kiedy nasz syn zdobył swój pierwszy górski szczyt. Co prawda słowo zdobył jest tu nieco na wyrost, poprawniej byłoby: po raz pierwszy w życiu znalazł się na górskim szczycie. Nie był oczywiście tym faktem podekscytowany tak jak my, nie był również tak bardzo zmęczony. Ale na szczycie był:

P60645262
Korzystając z pięknej pogody i długiego weekendu postanowiliśmy wybrać się w góry. Zdecydowaliśmy się na leżący najbliżej nas Beskid Śląski. Jako że Staś podróżował w wózku, wybraliśmy szczyt na który prowadzi droga- Soszów Wielki. Oczywiście można było pójść na łatwiznę i wjechać kolejką, ale to nie dla nas. Niech Młody od samego początku nabiera dobrych nawyków.

Wystartowaliśmy z parkingu obok dolnej stacji kolejki krzesełkowej. Jako że to nie sezon (jak wiadomo na Soszowie sezon jest zimą) parkingi były bezpłatne. Już sam początek trasy dał się nam we znaki, bo co prawda był asfalt (co ułatwiało pchanie wózka) to jednak nachylenie było całkiem spore. No i zero cienia- startowaliśmy ok. 12 w południe.

P6064516

Całą trasę na szczyt pokonaliśmy drogą, do której w pewnym momencie dobija niebieski szlak. Wcześniej jednak asfalt się kończy a droga przechodzi w zwykłą drogę szutrową. Niestety dla niektórych zmotoryzowanych to żaden problem i piłują na sam szczyt. Pół biedy jeżeli terenówką, gorzej jeśli dieslem. Po przejeździe takiego "górskiego zdobywcy" zostaje tylko tuman wzbitego kurzu i piachu. Średnio przyjemne.

Po ponad godzinie dotaczamy się do schroniska. Schronisko na Soszowie jest jednym z przyjemniejszych w Beskidzie Śląskim, więc robimy baaaardzo długą przerwę w czasie której nasz syn z zachwytem ogląda absolutnie wszystko i wszystkich. Poznajemy też grupę "plecakowych" turystów, którzy dwa dni wcześniej wyruszyli ze Stożka, by następnie przez Przysłop, Baranią Górę, Salmopol, Równicę, Czantorię i na końcu Soszów powrócić na Stożek. Wreszcie ruszamy na szczyt. Trudności jak poprzednio- największą jest wózek. Ale po dłuższej chwili znajdujemy się na Szczycie Wielkiego Soszowa z którego roztacza się piękny widok:

P6064529

Dla Staśka to także pora obiadu, który jednak okazuje się deserem w postaci jabłuszka z winogronami i ryżem (chwała temu, kto wymyślił słoiczki dla dzieci!).

Schodzimy tą samą trasą. Okazuje się jednak, że wjechać owszem, było ciężko, ale zjechać jest jeszcze trudniej. Robimy więc zamianę- ja biorę plecak, a Radek Młodego. I tak szczęśliwie docieramy do zaparkowanego na samym środku nasłonecznionego parkingu czarnego samochodu...

W drodze powrotnej do domu robimy jeszcze jeden przystanek- w Ustroniu. Pamiętam centrum Ustronia sprzed kilkunastu lat. Wiem że sporo się zmieniło, dlatego postanawiamy zobaczyć co. Zatrzymujemy się w rejonie amfiteatru i ruszamy na krótki spacer po okolicy. W amfiteatrze jest jakaś impreza, ludzi jest bardzo dużo ale to w końcu długi weekend. Mimo to bez problemu znajdujemy przyjemną ławeczkę w cieniu. Na koniec Staś dosiada rysia:

P6064537

i tym miłym akcentem kończy swoją pierwszą wyprawę w góry.

 

Ewa

10:27, pieczyste
Link Dodaj komentarz »
O NAS