Opis naszych najciekawszych podróży i wyjazdów
RSS
niedziela, 23 września 2018

Pomysł na Małe Karpaty zrodził się w naszych głowach rok temu, gdy zatrzymując się po drodze na obiad oczarowała nas Bratysława. To ciekawe góry- niewielkie, niepozorne, często spacerowe, ale kryją też w sobie szlaki o trudności co najmniej Pienin.

Najwyższym szczytem są Zaruby. Choć to niecałe 800mnpm, to Radek określił ich trudność na Pieniny+++. Ja nie byłam w stanie przejść takiego szlaku, ale Staś poradził sobie bardzo dzielnie- chyba ma dryg do wspinaczki. 

Zaruby_szlak

Cały szlak zaczyna się podejściem do ruin zamku Ostry Kamień. Widać że był to potężny zamek, dodatkowo przepięknie położony. To na co trzeba uważać (w całych Małych Karpatach, choć chłopcy doświadczyli tego w szczególnie tutaj) to szlaki. Szlaków trzeba pilnować, bo są słabo oznakowane. Dodatkowo ruch na nich jest bardzo niewielki. Na szlaku na Zaruby Radek i Staś spotkali jedną osobę, natomiast w dalszej część, wiodącej ze szczytu przez Havranią Skałę aż do Smolenic nie spotkali nikogo.

Smolenice to miejscowość, w której mieszkaliśmy. Znajduje się tu najmłodszy zamek na Słowacji- odbudowany na początku XXw. przez rodzinę Palfych. Zamek można zwiedzać, choć nie jest to zbyt długi i obfitujący w ciekawostki program. Można podziwiać samą architekturę zamku oraz widoki z wieży, a kosztuje to 2E/ osobę. W okolicy zamku znajduje się park angielski, który zaprasza do spacerów. Przez cały okres wakacji odbywają się tu różne imprezy plenerowe. My akurat nie jesteśmy fanami tego typu atrakcji, ale wiem że są ludzie, dla których będą one interesujące. W samej miejscowości znajduje się tez wytwórnia miodów pitnych. Bardzo lubię słowackie miody, tym razem jednak nie wolno mi nic spróbować, więc kupiliśmy kilka butelek do degustacji w przyszłości. Można tu także kupić zwykły miód, propolis oraz kosmetyki wytworzone na bazie miodu.

Największą atrakcję regionu, do której ze Smolenic wiedzie bezpośredni szklak jest jaskinia Driny. Jest to bardzo wyjątkowa jaskinia, gdyż nie została utworzona przez podziemną rzekę jak większość tego typu jaskiń, a zawdzięcza swoją formę opadom deszczu. Nie mam zdjęć ze środka- za mozliwość fotografowania trzeba zapłacić, a z moich doświadczeń wynika że zdjęcia w takich miejscach mi nie wychodzą, więc nie warto. Sam wstęp do jaskini to wydatek 6E/ osoba. 

Smolenice

02._Widok_ze_szczytu_Driny

Niedaleko jest jeden z największych i najbardziej znanych słowackich zamków: Czerwony Kamień. Muszę przyznać że naprawdę robił wrażenie. Słowackie zamki to najczęściej same malowniczo położone mury. Tutaj jednak mamy pięknie zachowany (oszczędziły go zarówno wojny napoleońskie jak i światowe) ogromny zamek, z bardzo bogatymi wnętrzami i wystawami. A już największe wrażenie robią piwnice zamku- ile tu się musiało zmieścić wina!

Czerwony_Kamie

Jak już jesteśmy przy winie, to rejon między Bratysławą a Smolenicami to obszar winnic. Podobno uprawę winorośli przynieśli jeszcze Rzymianie. Jadąc wzdłuż Małych Karpat, wśród winnic, w temperaturze 32 stopnie Celsjusza (niższe była tylko jednego dnia) i obserwując płaskie, czerwone dachy domów miałam wrażenie że jestem na południu Europy a nie na południu Słowacji. Warto zaopatrzyć się w kilka butelek miejscowego wina, najlepiej kupując je bezpośrednio w winnicach lub w sklepach firmowych. Popularniejsze są wina białe, wytrawne. Nie ma w tym nic dziwnego, gdyż winogrona białe mają mniejsze wymogi klimatyczne. Szczególnie polecam zainteresować się lokalnymi odmianami, jak np. Devin. Jest to szczep winogron wyhodowany tutaj i wątpię czy wino wyprodukowane z tej odmiany można dostać gdziekolwiek na świecie poza Małymi Karpatami.

A o tym co oznacza nazwa Devin oraz innych atrakcjach Małokarpackiej Winnej Ścieżki napiszę w następnym tekście.

Ewa

 

 

czwartek, 13 września 2018

Trafiłam ostatnio na artykuł w Internecie, że większość Polaków korzystających z biur podróży wybrała w tym roku Grecję. Oznacza to że nie jesteśmy zbyt oryginalni, gdyż pierwszy tydzień czerwca spędziliśmy na greckiej wyspie Korfu.

To był nasz drugi pobyt w Grecji, osiem lat temu naszą podróż poślubną spędziliśmy na Krecie. Tak jak Korfu jest zupełnie inną wyspą niż Kreta, tak nasz pobyt znacznie odbiegał od poprzedniego. Pierwszą, ale jakże znaczącą różnicą był fakt, że towarzyszyli nam znajomi z dwójką wspaniałych synów w wieku 3 i 5 lat. Jeżeli doliczyć do tego naszego 3,5 letniego Stasia, to śmiało można przyznać że chłopcy tworzyli mały gang (gang to dobre słowo) i zdecydowanie wyróżniali się w pełnym dzieci hotelu. Drugą istotną różnicą jest sama wyspa: zielona i kwitnąca, tak inna od spalonej słońcem Krety.

Grecja_2

Grecja_1

Ten pobyt był znacząco inny od większości naszych wakacyjnych wyjazdów. Chyba nigdy nie spędziliśmy tyle czasu korzystając z hotelowych atrakcji, głównie z basenów (dzieci wolały baseny), klubu dziecięcego, a w moim przypadku najchętniej z morza i plaży. Nastawialiśmy się na to, stąd wybór hotelu o przyzwoitym, nastawionym na dzieci zapleczu. Nie zmienia to jednak faktu, że odbyliśmy kilka ciekawych wycieczek, o których chciałabym napisać.

Pierwszą z nich była wycieczka do stolicy wyspy Korfu Town. Jest to jeden z żelaznych punktów pobytu na Korfu, który śmiało można polecić każdemu. Stare miasto składające się z wąskich uliczek oraz weneckich kamienic jest niezwykle urokliwe i zachęca do spacerów. Główną atrakcją miasta są dwie twierdze, z których jedną mieliśmy okazję zwiedzić. Zwiedzanie jest zazwyczaj najsłabszym punktem jeśli chodzi o wakacje z dziećmi, tu jednak poszło nam bardzo dobrze. Pełna armat, schodów i wąskich przejść twierdza okazała się być niezwykle interesująca dla chłopców. Na samym szczycie twierdzy była latarnia morska oraz możliwość podziwiania widoków.

Corfu_Town

Bardzo mocnym punktem wakacji w Grecji jest jedzenie. Przeczytałam kiedyś takie zdanie: tawerny greckie dzielimy na dobre i bardzo dobre. Po dwóch pobytach w Grecji nie mogę się z tym nie zgodzić. Za każdym razem ortodoksyjnie zamawiałam musakę (jest trochę inna niż na Krecie- przykryta znacznie większą ilością beszamelowego sosu), Radek tradycyjnie gustował w wołowinie (charakterystyczne danie z wołowiny na Korfu to sofrito), natomiast nasi znajomi stawiali na owoce morze (doskonała ośmiornica i mule) oraz małe, smażone rybki. Do tego niezwykle proste (najczęściej pomidor, ogórek + oliwa) sałatki oraz kieliszek domowego wina i naprawdę nic więcej do szczęścia nie potrzeba.

Drugą i zarazem najładniejszą moim zdaniem wycieczką był spacer do willi Achillon należącej niegdyś do cesarzowej Austrii Elżbiety, znanej jako Sissi. Do miejsca, z którego rozpoczynał się około dwukilometrowy spacer do leżącej na wzgórzach willi mieliśmy ok. 10 minut jazdy autobusem. Następnie droga biegła asfaltowymi serpentynami, którymi wspinały się wypełnione chętnymi do zwiedzania willi turystami. Po drodze zajrzeliśmy do baru. Przemiła właścicielka, dowiedziawszy się skąd jesteśmy powiedziała nam że w tym roku na Korfu jest wyjątkowo dużo turystów z Polski. Zwiedzanie samej willi kosztuje 8E za osobę dorosła, ale już dwoje dorosłych + maksymalnie 2 dzieci kosztuje 15E (bilet rodzinny). Od czasu kiedy Staś skończył 2 lata i za większość wstępów musi płacić, zauważyliśmy że bardzo dobrym rozwiązaniem są bilety rodzinne. W tym wypadku cena za rodzinę była niższa niż za dwie dorosłe osoby.

Achilon

W zeszłym roku miałam okazję zwiedzić rezydencje cesarską Hofburg w Wiedniu, więc większość faktów z życia cesarzowej była mi znana. Ciekawostką natomiast było dla mnie to, że kolejnym właścicielem willi (powiedzmy sobie szczerze- mało było osób mogących sobie pozwolić na takie lokum) był ostatni cesarz niemiecki Wilhelm. O postaci cesarza Wilhelma czytałam w książce :Taniec na wulkanie“ autorstwa księżnej pszczyńskiej Daisy Hochberg von Pless, niemniej akurat tego nie wiedziałam. Tym, co najbardziej mnie zachwyciło podczas zwiedzania był dziedziniec oraz widoki. To było coś, czego brakowało mi podczas całego pobytu na Korfu: widoku z góry na wyspę oraz morze. Morze Jońskie okazało się jednym z piękniejszych (dla mnie najpiękniejsze, Radek stwierdził że woli ocean) jakie widziałam.

Morze_Joskie

Mieliśmy okazję spędzić na Korfu naprawdę wspaniały tydzień, co nie zmienia faktu że nie będzie mnie ciągnąć aby tu wrócić. Nie dlatego że coś mi się tu nie podobało (no może jedna rzecz- greckie zamiłowanie do porządku, czyli piętrzące się przy drogach zwały śmieci), ale dlatego że część atrakcji okazała się dla nas niedostępna lub nieatrakcyjna. Mam tu na myśli głównie wycieczki statkiem, powiązane ze zwiedzaniami jaskiń, kąpielami na pełnym morzu czy nurkowaniem. Po prostu nie jesteśmy fanami takich atrakcji, a tutaj są one jednymi z dominujących, co szczególnie jest widoczne przeglądając oferty wycieczek fakultatywnych. Dla fanów morskich kąpieli i opalania polecam jak najbardziej: greckie słońce, przepiękne morze, wspaniałe jedzenie i wino, a to wszystko osiągalne w niespełna dwie godziny lotu z Katowic.

Ewa

 

 

Tagi: Grecja
18:30, pieczyste
Link Dodaj komentarz »
O NAS