Opis naszych najciekawszych podróży i wyjazdów
RSS
poniedziałek, 13 maja 2013

Weekend majowy jaki był, każdy widział. Szczęśliwie spędziłam go w miejscu, w którym nawet w niepogodę nie można narzekać na nudę-  w Kotlinie Kłodzkiej. Co oczywiście nie zmienia faktu, że najlepiej wspominam jeden dzień, w który pogoda dopisała. Ale o tym później.

Pierwszego maja, w zasadzie od wyjazdu z Zabrza towarzyszył nam deszcz. No nic, jedziemy. Plany na pierwszy dzień były ambitne- spragnieni gór i ruchu, z dużą ilością energii mieliśmy przejść największe atrakcje Gór Stołowych- Szczeliniec Wielki oraz Błędne Skały. Rzeczywistość okazała się jednak bezlitosna i musieliśmy zadowolić się spacerem z Lisiej Przełęczy na Skały Puchacza i z powrotem. Trasa była bardzo przyjemna, niestety wszechobecna mgła powodowała że nie widoki ograniczyły się do okolicznych skałek.

 

Jeżeli więc nie góry, to co? Uzdrowiska! Na pierwszy ogień poszły Duszniki. Uzdrowisko znane z faktu że niegdyś przebywał tu Fryderyk Szopen. Miasteczko posiada śliczny rynek:

z pręgierzem...

Nieopodal znajduje się Kościół Świętego Pawła:

ze słynną amboną w kształcie otwartej paszczy wieloryba:

Jedną z największych atrakcji nie tylko Dusznik, ale i całej Kotliny Kłodzkiej jest muzeum papiernictwa, które mieści się w barokowym, ślicznie odrestaurowanym budynku:

W muzeum dowiedzieć się można m.in. o powstaniu i historii papieru, ale także można wyprodukować papier samemu (oczywiście za opłatą:)). Ja zadowoliłam się zakupem kilku kartek okazjonalnych z papieru czerpanego produkowanego w Dusznikach.

 

Skoro Duszniki to Zdrój, to czas na pijalnię wody oraz park zdrojowy:

wraz z Dworkiem Szopena:

Każdego dnia długiego weekendu odbywały się tu koncerty. Na niepogodę jak znalazł.

 

Duszniki zrobiły na mnie wrażenie pozytywne, są jednak niewielkim uzdrowiskiem. Woda smaczna, będzie w szczególności smakowała tym, dla których woda to woda a nie ciemniejącą ciecz o nieciekawym zapachu. Czego mi brakowało? Park zdrojowy wyglądał trochę jak opuszczony:

Myślę że to akurat zasługa pogody, ale w mojej pamięci Duszniki pozostaną trochę niczym uzdrowisko- widmo.

I na koniec, nie wypadałoby nie wspomnieć o informacji turystycznej, którą Duszniki miały najlepiej zorganizowaną i zaopatrzoną ze wszystkich odwiedzonych przez nas w Kotlinie Kłodzkiej miejsc. Będąc na rynku naprawdę warto tam zajrzeć, choćby po bardzo praktyczny plan miasta.

 

Ewa

 

 



wtorek, 30 kwietnia 2013

Nieczęsto zdarza mi się bywać w stolicy a już na pewno nie dla przyjemności. Tym razem jednak mój wyjazd był czysto towarzyski. Zwłaszcza że wyprawa przebiegała we Wspaniałym Towarzystwie;)

W zasadzie wyprawa to bardzo duże słowo bo w Warszawie spędziłam równo 40 godzin. Niewielka część była przeznaczona na sen (i tu po raz kolejny ukłony w stronę mojego towarzystwa) a samej Warszawie poświęciłam zaledwie 5 godzin. Co można zobaczyć w tym czasie?

Spacer zaczęłyśmy (a tak zaczęłyśmy, tym razem zostawiłam męża w domu i spędziłam weekend w całkowicie damskim towarzystwie) w śródmieściu, skąd przeszłyśmy w stronę Rynku Starego miasta. Po drodze minęłyśmy budynek Teattu Wielkiego Opery Narodowej:

 

oraz Nike:

A tu już na Rynku:

 

Odwiedziłyśmy koścół św. Anny:

 

Zajrzały na dziedziniec Zamku Królewskiego:

 

 A także do Katedry św. Jana:

 

W zeszłym roku miałam okazję zajrzeć do Katedry, ale niestety zobaczyłam tam jedynie rusztowania- trwał gruntowny remont.

Kolejne odwiedzone przez nas miejsca to mury i barbakan:

oraz pomnik małego powstańca:

Obok takich miejsc nie przechodzi się w Warszawie obojętnie. Dla mnie to jedyne miasto w Polsce, w którym w zgiełku dnia codziennego wpada się fragmenty historii, często w sensie dosłowynm. Linia wyznaczająca niegdysiejszy mur getta. Fragment ściany Hali Mirowskiej, zawierający ślady po kulach. Tablica upamiętniająca miejsce śmierci Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Wspomniany wcześniej pomnik małego powstańca. Wszystkie te miejsca znalazły się na mojej drodze zupełnie przypadkowo.

Spacer zakończyłyśmy w czasach powojennych- na tarasie widokowym Pałacu Kultury i Nauki. Nie wiem czy jest drugi budynek w Polsce, który budzi aż takie kontrowersje. Bo przypomina trudną historię? Chyba nie, takich miejsc jest w Warszawie dziesiątki. Bo bardziej wschodni a dziś jesteśmy bardziej zachodni? Może. Ale Pałac jest z Warszawą nierozerwalnie związany, daje świadectwo historii tego miasta. Uważam że nie można wymazywać kart historii, które nam się nie podobają. Bo w historii najważniejsze jest to, by była prawdziwa. Może gdy przeciwnicy Pałacu zabiorą się za niego w sensie dosłownym, tych kilka zdjęć zrobionych na tarasie pałacu będzie historyczną pamiątką?

Dziewczyny, dziękuję za wspaniały weekend.

 

Ewa

 

 



Tagi: miasta
19:36, radbel
Link Komentarze (1) »
czwartek, 04 kwietnia 2013

Mój pierwszy pobyt w Krynicy przypadł na majowy weekend. Jeśli chodzi o panujący tam gwar i zgiełk, Krynica przypominała mi wtedy Zakopane. Mimo to wrażenie pozostało pozytywne. W marcu tego roku, gdy po raz drugi zawitałam do Krynicy, zobaczyłam zupełnie inne miejsce. Takie samo, ale inne.

Podobnie jak w lecie, pobyt w Krynicy rozpoczęłam od Jaworzyny. Tym razem poznając uroki stacji narciarskiej, szczycącej się mianem najlepszej w Polsce. Już sam wjazd na parking uświadomił mi że to musi być prawda- jak inaczej można by wytłumaczyć konieczność zapłacenia za niego aż 10zł? Nie będę się rozpisywać na temat kolejnej stacji narciarskiej, podzielę się tylko jedną opinią: kolejkom gondolowym mówię stanowcze i zdecydowane nie.

Wracając do tematu- Krynica.

Nie będę odkrywcza, jeżeli napiszę że ogromne wrażenie robi na mnie architektura Krynicy. W okresie zimowym, gdy ruch turystyczny maleje, łatwiej widzieć uroki takich miejsc. W zasadzie przymykając oczy, można cofnąć się 100 lat wstecz i zobaczyć przedwojenny kurort. Ale nie tylko- nowa pijalnia to już budynek typowo socjalistyczny. Jak zwykle wybrałam najbardziej śmierdzącą wodę (Tadeusz, przy nim Zuber to sama przyjemność). W samej pijalni ruch zrobił się w porze poobiedniej, zwróciłam uwagę że byłam tam chyba najmłodsza. Tchnienie przeszłości można było poczuć korzystając z sanatoryjnych rozrywek- o 16 w sali koncertowej rozpoczął się występ chóru. Repertuar ambitny i klasyczny- m. in. Moniuszko. Po wyjściu (nie dotrwaliśmy pewnie nawet do połowy koncertu) czułam się jakbym naprawdę wróciła z podróży w czasie i tu już nie przedwojenna architektura była tego przyczyną.

Kolejnym punktem naszego pobytu w Krynicy była wizyta w Romanówce- willi mieszczącej muzeum Nikifora Krynickiego, słynnego malarza- prymitywisty. Twórczość Nikifora przypomina bazgroły dziecka wykonane kredkami świecowymi. Ale wrażenie, które powstaje jest takie, że zwykłe rzeczy, budynki, przedmioty stają się czymś bajkowym czy wręcz fantastycznym. Malarstwo było dla mającego trudności w porozumiewaniu się z otoczeniem Nikifora (słabo słyszącego i z wadą wymowy) sposobem wyrażania siebie. Patrzenie na jego prace jest jak patrzenie spod przymkniętych powiek na Krynicę- można przenieść się w inny świat.

Myślą przewodnią tego tekstu, miała być próba spojrzenia na miejsce, będące jednym z bardziej znanych polskich uzdrowisk, w którym pozostał ślad dawnego piękna. Staram się przychylniej spoglądać na miejsca, odpychające mnie ogromnym ruchem turystycznym, którego przecież nie sposób ignorować a przez który nie warto ich omijać. Żal mi tylko widząc nową zabudowę, często kompletnie gryzącą się z pierwotnym charakterem miejsca, a niestety w Krynicy (podobnie jak np. w Szklarskiej Porębie) zjawisko to jest bardzo widoczne. I na koniec pijalnia Jana, w której byliśmy jedynymi gośćmi.



Ewa

środa, 20 marca 2013

Po ubiegłorocznym weekendzie majowym spędzonym w Beskidzie Sądeckim, postanowiłam sprawdzić jak te okolice prezentują się zimą. Mój wybór padł na Wierchomlę i znajdującą się tam stację narciarską Dwie Doliny.

Stacja położona jest na stokach szczytu Pusta Wielka, posiada 11 wyciągów (w tym dwie kanapy) i 6 km oświetlonych tras. Wybraliśmy się poza sezonem- wg. cennika SN sezon kończy się na początku marca- i był to bardzo dobry wybór. W zasadzie zapomniałam jak wygląda kolejka do wyciągu.

Pierwszy dzień rozpoczęliśmy miłą niespodzianką- karnet popołudniowy od 15 do 18 był w cenie 25 złotych a warunki naprawdę znośne. Potem już niestety nie było tak komfortowo, trasy ratrakowane były codziennie rano, co przy dodatnich temperaturach gwarantowało przyjemną jazdę mniej więcej do godziny 13-14. Nie wiem jak to wygląda w sezonie, ale gdyby trasy dodatkowo przygotowywane były w ciągu dnia, z pewnością wybrałabym się jeszcze na jazdę wieczorną. Zawsze mnie zastanawia, czy to takie duże obciążenie dla ośrodka zamknąć trasę i przygotować do dalszej jazdy?

Jak już wspominałam, ruch naprawdę niewielki do czego dostosowano liczbę działających wyciągów. W ciągu tygodnia mojego pobytu dwa z nich nie ruszyły ani razu. Nie miało to jednak żadnego znaczenia ani na długość kolejek ani na połączenie między dwiema dolinami. Co do samego połączenia, to jest ono możliwe do ok. godziny 17- do tej godziny jeździ orczyk Frycek, który to połączenie zapewnia. Tyle w teorii, bo praktyka wyglądała tak, że trasa pod krzesełkiem do Szczawnika nie jest przygotowywana, że zacytuję jednego z sąsiada z wyciągu: "to nie jest jazda, to jest walka" więc nie ma tam po co zjeżdżać. Zjechaliśmy z ciekawości, mimo ostrzeżeń innych narciarzy. To co zobaczyliśmy wytłumaczyło nam dlaczego z samego rana tak wiele ludzi ze Szczawnika zjeżdża do Wierchomli aby tu jeździć. Jeżeli ktoś wynajął kwaterę w Szczawniku, to żeby pojeździć w dobrych warunkach, łatwiej, szybciej i taniej dostanie się do krzesełka w Wierchomli wyciągami niż gdyby miał dojechać do dolnej stacji krzesełka samochodem.

Gdybym miała jednym zdaniem opisać trasy narciarskie, powiedziałabym: przyjemne i dla każdego.

Jedynie wielbiciele czarnych tras mogą czuć niedosyt- w Wierchomli nie ma ani jednej. Mnie szczególnie przepadła do gustu trasa nr 5 przy niechodzącym orczyku Płatek. Tutaj ruch był już naprawdę zerowy. Najgorzej wspominam trasę wzdłuż krzesełka do Szczawnika, ale to z powodu warunków i jest to zaniedbanie ze strony ośrodka. To też jest niestety cecha pobytów poza sezonem- standard usług bywa niższy.

Infrastruktura ośrodka w normie. Parkingi (bezpłatne) nie są co prawda tej wielkości co w Białce Tatrzańskiej ale pomieściły wszystkich gości i pomieściły by ich z pewnością więcej. Przy dolnej stacji kolejki są co najmniej 3 wypożyczalnie sprzętu. Na tle innych miejsc w których mieliśmy okazję jeździć w tym roku, ceny atrakcyjne. Wypożyczenie samych nart (bez butów, kijów czy kasku) to koszt ok. 20 złotych za cały dzień. Dla porównania: na Jaworzynie Krynickiej 25zł, w ON Wisła- Cieńków 30zł, Szczyrk 25 zł. W punktach gastronomicznych drogo. Nie jestem amatorem jadania poza domem, ale po dwóch godzinach na śniegu czuję potrzebę wypicia lub zjedzenia czegoś ciepłego. Co prawda na wyciągu widziałam reklamy: herbata z cytryną 3zł, szarlotka 4 zł ale jakoś w każdym miejscu do którego trafiłam za herbatę płaciłam od 5 złotych wzwyż. Cóż, z tego co dowiedziałam się od naszej gospodyni, Wierchomla ożywa zimą, latem turystów nie ma. Muszą zarobić w sezonie.

Co po nartach? A no to już zależy co kto lubi. Drugiego dnia po prostu poszliśmy spać. Chociaż określenie "padliśmy nieprzytomni" byłoby tu bardziej na miejscu. Dla osób liczących na bogate apres-ski Wierchomla nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Przy stacji wyciągu jest jakaś restauracja, jest też elegancki hotel ze strefą welness i basenem. Ale jeżeli ktoś nie jest amatorem takiego spędzania czasu, może tak jak my wybrać się na wycieczkę do którejś z sąsiednich miejscowości jak Piwniczna czy Muszyna. I też będzie to raczej spacer a nie pobyt w centrum rozrywki. Wyjątek oczywiście stanowi Krynica, ale o tym może napiszę kiedy indziej. Jednym z moich marzeń związanych z tym rejonem jest przejechać się koleją z Piwnicznej do Krynicy. Albo chociaż do Muszyny. Linia kolejowa biegnie tu niesamowicie malowniczo.

 

Czas na jakieś podsumowanie. Wierchomla jest miejscem, w które spokojnie wysłałabym moich rodziców jak również zapalonych narciarzy. Podobnie tych, którzy na urlopie szukają przede wszystkim spokoju i nie mają problemu z organizacją wolnego czasu. Rozczarowani mogą być Ci, którzy liczą na rozrywkę nie związaną z nartami ani urokiem przebywania w ciszy i z daleka od niektórych uroków tego świata (jak zasięg telefonów komórkowych na przykład).

Ewa

niedziela, 18 listopada 2012

Równica to góra niepozorna i wszystkim znana. Chcemy odkryć odkryć jej inne bardziej spokojne oblicze.

Wyprawę rozpoczynamy w Lipowcu – bardzo cichym i spokojnym miejscu. Tu właśnie zaczynają się góry. Idziemy żółtym szlakiem do ostatnich domów. Po wejściu do lasu przecinamy nową asfaltową drogę, tu dobija czarny szlak z Brennej. Tutaj tez pojawiają się jedyne trudności na szlaku – skały. Niewielkie, ale wspinać się trzeba.

Skały

Potem już bardzo łagodnie, drogą z widokiem na Błatnią i Klimczok, omijając szczyt Lipowskiego Gronia dochodzimy do przełęczy pod Równicą. Jesienią ten szlak ma ogromną ilość kolorów, bo las którym idziemy jest bukowy.

Bukowy las

Z przełęczy odsłania się nam widok na pasmo Czantorii, a w dole na Ustroń.

Widok na Czantorię

Jeszcze ostatnie podejście i jesteśmy na szczycie. A z niego widok na przełęcz Karkoszczonkę.

Karkoszczonka

Tu dopiero spotykamy pierwszych turystów. Schodzimy do schroniska, a towarzyszy nam piękny widok – góry wszędzie przed nami.

Z Równicy

Po odpoczynku w schronisku schodzimy szlakiem czerwonym w kierunku Ustronia. Początkowo bardzo stromo, aż do miejsca spotkań Ewangelików.

Miejsce spotkań ewangelików

Na ławeczce

Krótki odpoczynek na ławce i dalej w szeleszczące jesienne liście. Piękna jesień wokół nas i Gościeradowiec w wyżłobionych głębokich jarach.

Gościeradowiec

Jesień

Jesień

Przy pierwszych domach odbijamy na szlak spacerowy do źródła Karola. Idąc cały czas wygodnym płajem, zejście do samego źródła mijamy po lewej stronie, dochodzimy do rozwidlenia żółtego i czarnego szlaku oraz ciekawych skałek, które pokonywaliśmy w pierwsza stronę.

Płaj

I czyż Równica nie jest piękna?

 

Radek



1 ... 16
 
O NAS